Tag Archives: Variete

Variete bez końca

3 Gru

Pisałem w jednym z wcześniejszych postów o wydaniu fantastycznej pierwszej płyty bydgoskiego zespołu Variete.

Niedawno wyszła nowa płyta – „Piosenki kolonistów„, ale tym razem chodzi o materiał filmowy. Reżyser Dariusz Landowski udostępnił na YouTubie film „Variete – muzyka bez końca”. Ciekawy dokument, mus dla wszystkich wielbicieli zimnofalowych klimatów.

Projekcja:

Reklamy

Klaszczę w dłonie

10 Paźdź

Właśnie na Serpencie natknąłem się na informację o płycie bardzo ciekawego projektu, stworzonego z udziałem następujących muzyków: Radek Dziubek, Rafał Iwański, Wojtek Jachna, Rafał Kołacki, Artur Maćkowiak, Tomek Popowski, Kuba Ziołek. Z jakiegoś powodu nie działa jednak soudcloudowa strona utworu z nowej płyty, więc wstawiam to, co znalazłem:

Ale tak pierwotnie chciałem wrócić do jednej z sygnalizowanych wcześniej reedycji:

Tym razem nie wklejam zdjęcia okładki, bo powyżej kawałek jej widać i już mi się nie chce skakać z aparatem wokół pudełka, żeby uniknąć blików.

Reedycja ważna, bo moim zdaniem „Bydgoszcz 1986” to chyba ostatnia wielka płyta zimnej fali. Jeśli tak sobie sztucznie rozgraniczyć, że zimna od nowej różniłaby się właśnie zimnem, czyli przede wszystkim oszczędnością/bogactwem brzmień i jednolitością/różnorodnością klimatu. Dyskusyjne, wiem, trudno. Tak, czy owak, spokojnie można postawić tę płytę obok Joy Division, wczesnego Bauhausu, wczesnego The Cure, czy X Mal Deutschland. Z jednej strony spójna do bólu, z drugiej, wrażenie robi inwencja w różnorodnym wykorzystaniu minimalnych środków. Muzycy i realizatorzy uzyskali fantastyczne, przytłaczające brzmienie, mimo kłopotów ze źródłem. Nawiasem mówiąc, nawet jeśli w okolicach 3/4 minuty pierwszego utworu słychać trochę zaburzenia jakości (trochę w stylu wkręcania taśmy), to jeszcze bardziej nakręca to klimat całości.

Utwory też są świetnie zaśpiewane, a rozpoznawanie drobnych różnic w tekście śpiewanym i wydrukowanym, czy kłopoty z rozpoznaniem ze słuchu jeszcze nakręcają wrażenie drugiego dna, które wyłazi prześwitami.

Jak ktoś ma upodobanie do takich metafizycznych dreszczowców na skład nowofalowy, to kupuje i słucha na okrągło do zdarcia lasera/igły.

I jeszcze wyjaśnienie czasowe: płyta została zarejestrowana w 1986 roku, co już chyba robi ją – zgodnie z tym, co wyżej – ostatnim arcydziełem zimnej fali. Ale tu się zaczyna dreszczowiec: taśmy skradziono, a ten materiał był odzyskiwany z jakichś innych nagrań. Historia absolutnie dramatyczna. Płyta oficjalnie ukazuje się po raz pierwszy w 2002 roku na kompakcie, a obecna reedycja jest pierwszym wydaniem jej również na winylu. Ciekawe, że zespół musiał czekać aż do 1993 na pierwszą publikację swojej muzyki (płyta „Variete”) – popełnili arcydzieło, które znika, a później czekają kilka lat na upublicznienie innych swych prac. Henri Bergson utrzymywał, że siła życia eksploduje nawet w niesprzyjających warunkach – i tutaj chyba coś takiego się dzieje. Przecież normalna kolej rzeczy – w tym reakcja słuchaczy na pierwszy materiał – zostaje całkowicie zaburzona.

Najwyraźniej polska retromania rządzi się zupełnie innymi prawami niż anglosaska i naszymi reedycjami rządzą inne mechanizmy niż opisywane przez Reynoldsa, przywoływanego w jednej z wcześniejszych notek.

I do słuchu:

Nie będzie inaczej:

I Klaszczę w dłonie: