Tag Archives: pathMAN

CoCart 4 raz jeszcze

19 Kwi

Jedną z mocnych stron poprzednich edycji CoCartu było bardzo dobre pilnowanie czasu. Ale cieszę się, że w tym roku trzymano czas tylko dobrze (a nie bardzo dobrze) i koncerty troszkę się przedłużyły. Tym bardziej, że ta edycja była krótsza od poprzednich, bo jednodniowa. No cóż, mam nadzieję, że w przyszłym roku znów będą dwa dni (albo więcej).

Chyba już dobrą tradycją CoCartu jest koncert organizatorów – Hati – z kimś jeszcze. Wcześniej byli to PAS, czy Pure. W tym roku zagrali z Robertem Darowskim na didgeridoo. I było bardzo fajnie. Rozpoczęło się od obu Rafałów grających smyczkami na tym, co mieli pod ręką (i nie były to instrumenty strunowe), by później przyłączyć tradycyjnie rozmaite instrumenty perkusyjne. Didgeridoo wniosło ciekawy dron tworząc coś na kształt przestrzeni odróżnienia dla reszty dźwięków. Smyczki i perskusjonalia stworzyły olbrzymie bogactwo brzmień, a muzycy zagrali transowo i z dużym wyczuciem. Mocne otwarcie, świetny koncert, piękne dźwięki.

Część Zeniala, który wystąpił jako drugi była również dobra, ale jego nowa płyta, a właściwie płyty, okazały się później jeszcze lepsze od koncertu. Zenial posługiwał się jakimś urządzeniem emitującym i zmieniającym dźwięki w rezultacie zbliżania i oddalania różnych przedmiotów. Zaczęło się od ręki, a dalej w ruch poszły aparat fotograficzny, telefon komórkowy i jakiś niezidentyfikowany bliżej lub dalej obiekt. No i można było to oglądać dzięki ustawieniu kamery skierowanej na stół, która to łapała, a obraz przekazywała do rzutnika.

Jako trzeci wystąpił muzyk-legenda Chris Cutler. Solo. Swój zestaw perkusyjny uzupełnił o jakąś elektronikę, nie wiem, czy były to pedały do loopów, czy cokolwiek odtwarzającego przygotowane wcześniej dźwięki. W każdym razie, do brzmień perkusyjnych momentami włączał się zupełnie odmienny brzmieniowo dron, nadało to przestrzeni muzycznej głębi.

Koncert Steve’a Buchanana i Heike Fiedler należał do wizualnie najbardziej interesujących. Buchanan grał tańcząc po czymś w rodzaju muzycznej maty lub po prostu w nią stukając. Motoryka ruchu przekładała się na motorykę muzyki, taniec w pełni zlał się z dźwiękiem. Typ występu, którego jedynie słuchanie nie byłoby tak wciągające jak wizualne śledzenie wytwarzania muzyki.

Ostatnie dwie części to dwa pokazy artystycznej wirtuozerii, chociaż na zupełnie odmienne sposoby. PathMAN wystąpił w składzie trzyosobowym grając na wielu różnych instrumentach – gitarze akustycznej, gitarze elektrycznej, cymbałach, perkusji, gitarze basowej, głosie i jeszcze innych, których nie pamiętam, albo pamiętam, ale nazw nie znam (jeśli jakieś w ogóle mają). Interesująca, zróżnicowana muzyka, post-folk mieszający ludowość, improwizację i inne elementy. Przed tym koncertem sala gęsto wcześniej nabita już się trochę wyludniła i miało się wrażenie, jakby ta odzyskana przestrzeń na rozprostowanie łokci wyłoniła się równolegle z lekkością i przestrzenią na oddech w muzyce.

Na podmęczony materiał ludzki (ok. 4-5 godzin po rozpoczęciu) wszedł duet C.3.3. – Paul Jamrozy (były muzyk Test Department) i Roz Corrigan. I to był ten drugi pokaz maestrii. Muzyce towarzyszyła najciekawsza tego dnia wizualizacja przedstawiająca rozmaite mapy więzień, w tym Benthamowskich panopticonów oraz czarno-białe grafiki jakichś murów (prawdopodobnie więziennych). W pewnym momencie karty te pozwijały się w tubki tworząc klaustrofobiczne, okrągłe korytarze, którymi widzowie podróżowali ciągle w głąb, krętą, niekończącą się drogą. Po jakimś czasie korytarze z map więzień ustąpiły upiornie zapętlonej sekwencji o warunkowaniu behawioralnym gołębia. A jeszcze później pojawiły się obrazy bawiących się dzieci, kamer i znaków informujących o kamerach. W tym czasie muzyka narastała. W większości pochodziła z laptopów, ale do tego muzycy dodawali dźwięki uzyskiwane z potrząsania i uderzania łańcuchami oraz ze starych płyt odtwarzanych przez antyczny patefon z potężną tubą. Przybierający na intensywności rytm świetnie kreował dramaturgię całości widowiska. Wszyscy, zmęczeni, czy nie, siedzieli zahipnotyzowani.

Żadnych słabych fragmentów, świetny festiwal od początku do końca. Choć nie zgadzam się z deklarowaną we wcześniejszych przez organizatorów latach niechęcią do koncertów laptopowych (której na szczęście sami kurczowo się nie trzymają), to jestem pod dużym wrażeniem świetnego doboru i ułożenia występujących artystów. Zmieniały się sposoby grania, bardzo zmieniały się brzmienia, zmieniała się muzyka. Najważniejsza impreza artystyczna w Toruniu, bez dwóch zdań.

Reklamy