Tag Archives: Oneohtrix Point Never

Turysta i replika

3 Lip

Hecker Lopatin

Teraz jak słucham tej płyty mam wrażenie, że dostałem na tacy przegląd par – zestaw 12 próbek na ile sposobów możemy złożyć moje i jego, tj. Lopatina i Heckera, klocki.

Płyta zaczyna się bardzo dobrze i pierwsze dwa utwory pokazują jaki był potencjał spotkania tych artystów. W Uptown Psychedelia Heckerowskie chrobotanie kontrastuje z typowo Oneohtrixowym żałośliwym syntezatorem i jest bardzo dobrze. Scene from a French ZOO nieco uspokaja sytuację. Dalej już nudniej – Vaccination trochę męczy syntezatorowymi chórami, a Intrusions rozpoczynają się od niepotrzebnego hałasu.

Whole Earth Tascam znów jest fajny, ale zaraz później nazbyt ostre brzmienia Grm Blue I psują klimat. Następny Grm Blue II powraca to tonów bardziej lirycznych, ale one znów są rozszarpywane przez krótkie ukłucia szpilek, a utwór rozwija się trochę bez rozwoju, jakby gdzieś w tym wszystkim zgubił się wątek. Nie jest źle, ale jest co najwyżej umiarkowanie dobrze. Początek Racist Drone przynosi jakby nostalgiczny motyw z dawnej telewizji, który zdaje się znajomy, a przecież nie sposób go zidentyfikować. Widmologia na całego. A później sztuczne plastikowo-mechaniczne ptaszki robią krótkie wtręty, jakby widmologiczna telewizja w sztucznym ogrodzie. Grey Geisha przechodzi od Heckerowej liryczności do jakiejś namolności, aż odzywa się Lopationowy synt-flet, przejście jest gładkie i nadaje utworowi wyrazistej trajektorii estetycznej. Pewnego rodzaju zmagania tych dwóch wątków kreują ciekawą całość, która na pewno należy do jednej z lepszych na płycie.

Kompozycja tytułowa rozpoczyna się bardzo Heckerowskim zasugerowaniem dźwięków strojonego radia i robi się miło, bo nawet rozwija się tak, że przywodzi na myśl „Radio Amor”, zaś Oneohtrixowe syntezatory tutaj wydają się jedynie całkiem przyjaźnie zatykać dziury w gąbczastym tle. Ritual For Consumption zaczyna od ambientowego pływania, a po chwili wchodzą synt-strunki, aż do momentu, gdy wyskakują intensywniejsze zakłócenia brzmiące jak młot pneumatyczny mrówek (no może myszy, ale nie na marsie). A na koniec jest nawet kilka pomruków basowych. Vaccination II jest dobrym, ładnie charkoczącym zakończeniem.

Całość sprawia wrażenie jakby nie mogła się skalibrować, znaleźć właściwego sposobu opowiadania. Kontrasty brzmią raczej odstręczająco. Tam gdzie chropawe brzmienia Heckera i syntezatorowe zawodzenia Lopatina się zgrywają robi się ciekawie i miło. Niestety tych miejsc jest zbyt mało. Nazbyt często Hecker na tej płycie bywa „tym odpowiedzialnym za hałas”, mimo, że na jego płytach znaleźć można dużo liryzmu nawet jeśli utopionego w zakłóceniach i przesterach. Fragmentaryczne słuchanie tej płyty z pleyerka na słuchaweczkach dawało łącznie więcej radości niż porządne słuchanie od A do Z (czy od H do L). Płyta była krytykowana i w sieci i w recenzji w The Wire. Faktycznie, gdyby zrobić z niej 20-to minutową ep-kę wybierając tylko najlepsze utwory, zwiększając w ten sposób wyrazistość materiału i zyskując na zwartości przekazu, satysfakcja słuchacza byłaby znacznie wyższa.

 

Oneohtrix Replica 1

Kredyt zaufania dla „Instrumentalnego turysty” zarobiła Oneohtrixowa „Replica”, która dla mnie ma niezwykły, estetycznie osobny urok. Andro zaczyna się takim Lopatinowym smutactwem, o którym we wcześniejszych recenzjach ciągle pisali, że to osamotnienie kosmonauty w rakiecie i paranoiczna alienacja a la Dick itd. W trakcie utworu w tle ciągle kołyszą się jakieś rozmyte głosy. I fajne jest to, że kiedy Andro się kończy następuje zdecydowany przeskok – kilka dźwięków jak ze źle działających rur kanalizacyjnych i nagle wchodzi wycofany, kiepskiej jakości fortepian, który szybko zaczyna brzmieć jak zepsute urządzenie AGD. I ten wątek maszynowej usterkowości tutaj się będzie powtarzał niwelując wcześniejsze rozmarzenie.

No i wreszcie Sleep Dealer dobija odbiorcę. Powtarzalność zepsutego AGD zostaje, ale zmieniają się składniki i ma się wrażenie jakby słuchacz wkroczył do gry komputerowej w starym kilkupikselowym trybie na temat bezsenności w stylu powieści Dicka. Chóry w Remember już nie mogą brzmieć poważnie, albo jeśli już, jest to powaga kiczowo-śmietnikowa. Do tego momentu klimat płyty robi się taki, że przywodzi mi na myśl jakiś starszy odcinek „Doctora Who”, w którym miejscem akcji jest telewizyjny satelita, sztuczny twór, na którym istnieją jedynie tandetne, śmieciowe programy telewizyjne (które się tam kręci i emituje na Ziemię).

Oneohtrix Replica 2

Płyta jest właśnie taka liryczno-śmieciowa (następna Replica znów jest bardziej rzewna z motywem na pianino i drugim na żałośliwy syntezator).

Nassau wraca do śmieciowo zaciętych klimatów. Tym razem materiałem jest męski głos (i jakieś przedziwne odgłosy w tle) przecięty następnie smutnawym motywem z pianina (nieco nawet przypominającym motyw z Repliki). Pod koniec nawet wraca kosmiczny syntezator. Następne Submersible wnosi uspokojenie, ale fajne jest to, że w tle ciągle coś sobie mamrocze, więc zdawałoby się standardowo ambientowe pływanie dźwięku, staje się znacznie ciekawsze. Po czym Up powraca z głupkowatym zacięciem. Tym razem męski głos powtarza tytułowe „up” mając w tle bębnienie, szum i nieokreśloną plamę dźwiękową a la radio zza ściany. Patent na Child Soldier jest podobny, ale wybranych urywków jest więcej, plądrofonia bardziej nastawiona na zderzanie frgamentów głosów. Znów jest zabawnie.

Ostatni utwór Explain jest parodią słodkich, onirycznych zakończeń. Powtarzający żeński głos śpiewający „oooo”, „miły” motyw melodyczny (w stylu „koniec płyty Kate Bush”), chyba nawet jakieś ptaki śpiewając w tle (ale czy w tej magmie dźwięków niskiej jakości można być czegoś pewnym?).

Dla mnie „Replica” jest najciekawszą płytą Oneohtrixa. „Rifts” fajne we fragmentach, nuży w dłuższym słuchaniu. „Replica” jest bardzo urozmaicona. Niezwykłe jest to, że jej śmieciowość staje się odrębną formułą, zwłaszcza przy częstych lirycznych wątkach. To czyni jej estetykę tak unikalną, a co ciekawe, nawet w najbardziej bałaganiarskich momentach nie gubi klimatu. Płyta jest koszmarem dla audiofila, w zasadzie w całości składa się z dźwięków złej jakości, ale to nie narzuca się słuchaczowi jako najważniejsza cecha mimo, że jest tego od początku świadom.