Tag Archives: odsłuch kolumn

Tonsile (audiofilskich mąk ciąg dalszy)

9 Mar

A może się komuś przyda: Mam nadzieję, że czytający wcześniej o audiofilskich mękach wyczuli autoironię. Oraz, że nie chodzi o audiofilskość w sensie klasy sprzętu, a o tytułowe audiofilskie męki – zgryzoty powstające na granicy sprzętu, jego brzmienia i ulubionych płyt. Tyle zastrzeżeń, ciąg dalszy teraz.

Jako, że wciąż dręczy mnie schizofrenia brzmień, zabrałem się za porządniejsze porównania obu zestawów (dużego i małego), żeby się w tym jakoś rozeznać. Uznałem, że jako produkt uboczny mogę zamieścić kilka uwag na temat charakterystyki brzmienia kolumienek podstawkowych Tonsil Fiesta Sat, może ktoś na tym skorzysta.

Tonsil 2

Punkt wyjścia to była irytacja: że Sun Araw brzmi nie tak jak trzeba, że Boin Iver jak z małego radyjka i jeszcze parę innych. Oba przypadki skomplikowały się dodatkowo przez gramofon i kwestię wkładki. Ale to spróbuję pominąć.

Sun Araw przede wszystkim słuchałem „Beach Head”. W drugim utworze początek był ok, bas oraz instrument wybijający rytm brzmiały w porządku same z siebie. Kłopoty zaczynały się, gdy pojawiało się więcej planów, z których część miała celowo przybrudzone brzmienie. Robił się trochę bałagan i było hałaśliwie. Na Wharfedale’ach wszystko pozostawało ładnie rozstawione, żaden dźwięk nie wchodził drugiemu na głowę, przez cały utwór czuło się solidną dubową podstawę. Dziś/wczoraj sprawdziłem, że u Ziemowita też to wszystko jest.

Sprawa wyjaśniła się częściowo wraz z innymi płytami. Tonsile wypychają na plan pierwszy wokal. Tymczasem realizacja płyt Sun Araw stara się zabrudzony, utopiony w pogłosach głos ludzki schować pośród pozostałych dźwięków. Z tego zderzenia rodzi się hałaśliwość.

Zarówno podłączone do NADa, jak i do Cambridge Audio, Tonsile dobrze spisywały się w gliczowej elektronice. Usterki faktycznie zabrzmiały jak usterki – wszystkie psyknięcia, cyknięcia, brumy i inne. Jak włączyłem „Quasristice” Autechre (przez NADa) to nie mogłem się oderwać, zwłaszcza utwory 4. i 6. mnie zamurowały (nie słuchałem całości, więc nie wiem, jak dalej, może lepiej?). „Closer” Plastikmana też chodzi dobrze dynamicznie, choć mam wrażenie, że CA gorzej różnicuje barwy i brzmienia robią się bardziej jednolite. Podobny efekt jak z Autechre miałem wcześniej z Krojcem („Kid 78”). Włączyłem i… tak zostałem. Ewidentnie wyakcentowana została rytmika płyty, inne elementy zostały przesunięte w tło. Dla odmiany Wharfedale pokazywały szeroką paletę dźwięków.

Inaczej wypadł Andy Stott („Passed Me By”/”We Stayed Together”). Rozszumione, niejednoznaczne brzmienia traciły swój tajemniczy, lekko industrializujący charakter na Tonsilach, nie mówiąc już o mniejszym basie. Sprawy nawet nie ratowała dynamika. Dla mnie dużo bardziej fascynująco zagrały Wharfedale.

Dla Siouxsie Tonsile były bezlitosne. Jak wcześniej poszukiwałem podłogówek, na odsłuchy zabrałem bodaj aż dwie płytki Siouxsie and the Banshees, bo kiedyś wcześniej słyszałem jak te płyty potrafi zmasakrować dobry sprzęt (Creek + Eposy) podając kawa na ławę złą realizację. I tutaj poszło w tę samą stronę – niedostatki basu, wyostrzenie góry zostały uwypuklone. W rezultacie basik plumkał sobie, ale gdzieś z tyłu, za wszystkim innym. Wharfedale tutaj są litościwe, ocieplając i dając więcej niskich tonów maskują defekty realizacji z lat ’80.

Jednakże płyty rockowe zrealizowane porządnie, bez nadmiernych brudów i nazbyt gęstej ściany dźwięków brzmiały dobrze. Primus zagrał w porządku. Może trochę zacieśniły się dźwięki i ta fajna chmura wokół gitar się zmniejszyła. Islet z kolei w momentach eksplozji nie mieścił się, ściana dźwięku, w tym chropawe, pełne grudek klawisze nie znalazły wystarczająco porywającego wyrazu i zostały zgniecione w trochę bełkotliwą magmę.

Z kolei dobre wrażenie zrobiła gitara Andy’ego Moora wspierana delikatną elektroniką Kyriakidesa („Red vs Green”). Dużo pustej przestrzeni, w której plotą się te dźwięki pozwoliło Tonsilom łapać oddech, a brzmienia na tej płycie weszły w to ładne dynamiczne wyakcentowanie, analogicznie jak glicze i Autechre. Od razu, w podobnym duchu sprawdziło się Pole: trochę cyknięć z mocną dubową podstawą, wszystko bez pośrednich przybrudzonych planów, bez przeciągłych dźwięków o słabym ataku, więc fajnie. I jeszcze podobnie Mouse on Mars (jakieś starsze, chyba „Iaora Tahiti”).

Dość przewidywalny zawód przyniosło słuchanie Stereolaba („Milky Night”). Bogactwo planów, aranżacji, brzmień zostało skompresowane, dźwięki pochowały się za siebie. Niby było fajnie, ale za bardzo wiedziałem, jak chcę, żeby było, więc wypchnięcie wokalu i jeszcze ze dwóch ścieżek kosztem reszty mnie nie zadowoliło.

Ciekawym przypadkiem był Muslimgauze. Dobrze wypadły wszystkie sucho stukane dźwięki (np. na „Coup d’Etat”), ale dla odmiany Wharfedale pokazały całą Muslimgauzową potęgę brzmienia (np. na „Jebel Tariq”). Oczywiście na tych drugich słychać było więcej brudów i przydźwięków.

Konfiguracja realizacji płyt, ilości niższego zakresu i akustyki pomieszczenia zadziałała na korzyść Tonsili przy słuchaniu Peking Lights „362” i w niektórych fragmentach „Ancient Romans” Sun Araw. Wyraźnie mocna podbudowa dołem, gdy natrafiła na te dubowe realizacje rozhuśtała się za bardzo i źle wytłumiony pokój dał znać o sobie. Niestety, akurat tych dwóch płyt nie zagrałem na Tonsilach w tym samym pomieszczeniu, a w mniejszym, znacznie lepiej wytłumionym regałami z książkami. W każdym razie bas się wtedy oswoił. Peaking Lights  po prostu lepiej zagrało, płyta na powrót stała się albumem z piosenkami o nietypowej realizacji.  „Ancient Romans” w kilku miejscach po prostu przestał się topić w niskich tonach (ale za to ogólnie „magmował”).

Tonsil 1 Najdobitniej charakterystykę Tonsili ujawnił (ku mojemu zaskoczeniu) Klaus Schulze. W różnych konfiguracjach sprzętowych grałem przez nie pierwszy utwór („Allumer”) z drugiego dysku „La Vie Electronique 3”. Zaczyna się dość przedłużoną serią kosmicznych odgłosów, a później wchodzi powtarzająca się sekwencja o „pływającym” brzmieniu. Wharfedale od momentu rozpoczęcia się części drugiej, obrazowały całą mgławicę dźwięku ze zniuansowanymi barwami. Na Tonsilach, powtarzający się motyw został bardzo wypchnięty do przodu i ujednoznaczniony, jego zmiany brzmieniowe sprowadzały się do nieznacznych różnic w głośności. Wszystkie pozostałe ścieżki zniknęły gdzieś daleko. Mgławica zamieniła się w jednostajny stukot. Charakterystykę nieliniowości zestrojenia Tonsili ujawnia w pełni przejście od drugiej części tego utworu do trzeciej (można porównać np. 3. minutę z 7.). Mocne wypchnięcie wyższego zakresu średnich (albo niższego wysokich) zaowocowało dużą różnicą w głośności, ponieważ trzecia część jest grana w niższych rejestrach: nagle z normalnej głośności zrobiło się bardzo cicho.

Konkludując: Tonsile dobrze zagrają małe składy i najlepiej, jak wszystko będzie równo realizowane, kiedy poszczególne plany nie będą zróżnicowane na zasadzie czyste/przybrudzone, bo wtedy ujawni się efekt małego tranzystorka. Na oczyszczonej elektronice dynamika ładnie całość podkręci. Wypchnięcie wokali powoduje, że ci, którzy lubią piosenki i zwracają przede wszystkim uwagę na linię ludzkiego głosu , powinni z Tonsilami poczuć się dobrze. Tonsile nie będą najlepszym wyborem dla tych, co lubią gęste, psychodeliczne magmy dźwiękowe – swoją drogą, powinienem jeszcze potestować jakieś płyty dronowe i ambientowe. Fani Sun Araw – rozważcie coś innego. Podobnie, gitarowe ściany dźwięku i wszelkie przypadki muzyki, która zagęszcza się i wykorzystuje brudy – to też nie ten adres.

EDIT: dla pełniejszego obrazu tego, jak grają Tonsile, lepiej zerknąć jeszcze do dwóch następnych notek, bo obraz wyłaniający się tylko z tej będzie daleko niepełny, w dodatku na niekorzyść tych kolumn.