Tag Archives: Nick Cave

Po Spinozie, czyli pierwszy kwartał

22 Mar

Chociaż wcale nie rozeznałem się porządnie w wydawnictwach zeszłorocznych, ani nawet tych z 2011, to korci mnie szybkie i pobieżne podsumowanie tego, co wyszło dotychczas od początku roku, a co miałem okazję posłuchać krótko, jeszcze krócej, albo całkiem zwyczajnie. Lista, którą sobie zrobiłem już dawno przekroczyła moje możliwości operacyjne, więc będzie wybiórczo.

Od końca: Constellation Tatsu (dzięki, Ziemowit!) wypuściła lutowo-marcowy zestaw kaset i wszystkie wyglądają na bardzo dobre. Są szaleństwa Giant Clawa, są syntezatory, są spokojne długie pasaże zmontowane na dobrze klejących się brzmieniach:

Pozostając przy syntezatorach – zanim zorientowałem się na dobre, że wyszedł podwójny album Jd Emmanuela pt. „Time Traveller”, w Boomkacie już pojawiło się następne wydawnictwo. Podróżnik w czasie świetnie buja i wygląda na mus dla wszystkich, których raduje renesans syntezatorów.

Cieszy, że Qluster pozostaje w znakomitej formie. Kiedy muzycy ogłosili koniec Clustera i rozejście się dróg bardzo obawiałem się rezultatów. Teraz okazuje się, że pierwsze literki zmieniają się K/C/Q, ale fantastyczne płyty płyną nieprzerwanym ciągiem. Poniżej fragment „Lauschen”.

Scultpure wydało najmniej efekciarski wizualnie („nie ma filmiku na winylu!”), ale za to najlepszy album. Kosmiczne krajobrazy przywodzące na myśl Conrada Schnitzlera (a co się  z nim nie kojarzy?!) podszyte bitem. Szansa, że będzie to jedna z najciekawszych pozycji roku.

Na nowe Pantha du Prince sporo w sieci narzekania, że wtórne wobec wcześnijszych i nijakie. Ale mi jakoś to podzwanianie wydaje się urocze. Do posłuchania, na pewno.

Nie sposób pominąć – jak dla mnie – równie co Pantha uroczego albumu „Centralia” Mountains. Ładnie wycyzelowane brzmienia, łagodna płyta do przyjemnego, rozluźnionego wsłuchania się, albo po prostu do stworzenia przyjaznej przestrzeni.

O Bowiem („Next Day”) wszędzie głośno i medialny atak jest zmasowany tym bardziej, że synergicznie przygotowano wydania dwóch biografii po polsku. Miła płyta, ale irytuje ta ordynarność w eksploatowaniu momentu. O nowym Four Tetcie („0181”) za to jest stosunkowo cicho. Matmos („The Marriage of True Minds”) wzbudza zainteresowanie eksperymentalno-telepatyczną otoczką płyty. Po drodze był jeszcze nowy Andre Pekler („Cover Versions”), którego nie miałem okazji posłuchać, ale poprzednia płyta narobiła sporo apetytu. Autechre („Exai”) wygląda na mocną pozycję, ale czekam jeszcze z zamówieniem na polskiego dystrybutora. Cieszą powroty weteranów, po dłuższej lub całkiem krótkiej nieobecności. Płyta Pere Ubu („Lady from Shanghai”) wygląda na bardzo dobrą, a reanimowane Crime & the City Solution („American Twilight”) wzbudza olbrzymie nadzieje, tym bardziej, że skład naprawdę imponujący – Simon Bonney, Bronwyn Adams, Alexander Hacke (Einsturzende Neubauten), David Eugene Edwards (16 Horsepower, Wovenhand), Jim White (Dirty 3, Cat Power), Troy Gregory (Witches), Matthew Smith (Outrageous Cherry, Volebeats) i Danielle de Picciotto:

Wreszcie Nick Cave and the Bad Seeds („Push the Sky Away”) raczej przewidywalne Cave’owe średniactwo. Na pierwszych płytach sygnowanych w ten sposób i na części płyt The Birthday Party, Cave dał się poznać jako genialny szaman znakomicie operujący napięciem. „From Her To Eternity” nie potrzebowała wcale agresji, żeby zafundować słuchaczowi huśtawkę i pełne przeciążenia. Inwencja w śpiewie, zmienianiu głosu, sposobu artykulacji, wykorzystywanie zaskakujących przerw i zawieszeń, szły w parze z nieustannie zaskakującym „akompaniamentem”. Pozornie ciągle te same linie instrumentalne przy bliższym wsłuchaniu się pokazywały, że każdy takt jest inaczej zagrany. Z ekstremalnym przykładem w postaci wykorzystania jako ścieżki w jednym z utworów pierwszej płyty, Blixy zmieniającego strojenie (nie wiedział, że jest rejestrowany). Kiedy słucha się „Firstborn Is Dead” zaskakują również zmiany ulokowania instrumentów, układ zespołu w głośnikach się przetasowuje i nie sposób zapaść w „dogmatyczną drzemkę” (ani po stronie muzyków, ani słuchacza). Z kolei takie utwory jak „Mercy Seat”, czy „Carny” przyprawiają słuchacza o stupor – długie, zadziwiające, pozornie monotonne.

Niestety Cave dryfował w stronę grzecznej, balladowej piosenkowości, co samo w sobie nie jest niczym zdrożnym, ale kunszt w operowaniu napięciem powoli został wymieniony na solidne balladowanie i smęcenie koniec końców. „The Good Son” ma znakomite fragmenty, które przeważają nad takimi sobie, więc mimo niepokojów robi ogólnie pozytywne wrażenie. Po niej przyszła „Henry’s Dream”, która, choć bardzo dobra, zwiastuje trochę inny niepokojący objaw – imitowania napięcia rockowym wykopem. Bezpośrednia hałaśliwość, ściana dźwięku, frontalny atak wyparły bardziej subtelne środki. W latach dziewięćdziesiątych (i chyba część zerowych można wliczyć) najmocniejszą pozycją jest zróżnicowana, niespokojna, kojąca to znów zrywająca się do pędu „Let Love In”.

Zapaść przyszła w postaci trylogii „Boatman’s Call”, „Nocturama”, „No More Shall We Part”. Na tym etapie urwałem się. Mimo intensywnego wsłuchiwania się w „Boatman’s Call” nie udało się odkryć do końca uroku tej nowej wizji. Dwie kolejne płyty to już był trudno rozróżnialny rozgotowany makaron. Oczywiście, należy pamiętać, jaką miarę przykładamy – gdyby taki był poziom popu w staromodnych, jednokierunkowych mediach masowego rażenia, to cały świat byłby Kanadą pachnącą żywicą w permanentnej estetycznej orgii. „Boatman’s Call” ostatnio ściągnąłem z półki i wytrzymuję kilka utworów. Niektóre lubię, inne nudzą. „Nocturamy” nie wyjmuję wcale.

Późniejsze przebudzenia, podwójna „Abbatoir Blues / Lyre of Orpheus”, a następnie „Dig! Lazarus! Dig!” uruchamiały ten drugi mechanizm – trochę czadu, żeby wprowadzić napięcie i to grało dobrze, a może nawet bardzo dobrze. Nie tak świetnie jak na klasykach, piosenki jednak były tylko piosenkami, ale jednak. Grinderman sprawił wrażenie nowego rozdania, co prawda agresywność (zwłaszcza w tekstach) była trochę przegięta, ale brzmienia fantastyczne.

Niestety, tegoroczna płyta wraca co tej najgorszej, makaronowo-balladowo-smęciarskiej tradycji, choć może indywidualnie jest lepsza od trylogii zapaści. Nie będzie to moja piosenkowa płyta roku.

I tym sposobem, dzień pracy nad Spinozą odreagowany, w The Wire Mika Vainio w Invisible Jukebox, więc w odtwarzaczu „Aaltopiri”, a jutro (a właściwie to już dziś) CoCart!