Tag Archives: NAD

Wierzę w kabelki czyli żegnaj uciążliwy jazgocie

2 Czer

Blog przeszedł fazę snu zimowego spowodowaną nadintensywnym kończeniem książki (uciążliwa robota). Niemniej, nawet gdybym nie był aż tak zajęty, nie miałbym ochoty pisać o muzyce, bo sprzęt grał tak irytująco, że średnio najlepiej słuchało się na słuchawkach z komórki.

Oto co się stało kilka dni temu.

W ramach pozornie nonsensownych przestawek zmieniłem łączówki między systemami. Było późno, więc zaraz potem poszedłem spać.

Rano: chciałem puścić coś delikatnego na rozgrzewkę. Padło na Paula Wirkusa „Inteletto d’amore”.

I usiadłem z wrażenia. Zniknęła dziura ziejąca w miejscu niższych tonów, pojawiła się cała paleta barw. Płyta zagrała wciągająco. Na drugi rzut poszły kolejne płyty. Raime przestało być jednostajną stukanką i wypełniło się wybrzmieniami, Aedi wreszcie zagrało (i zaśpiewało) tak, że ciarki i obecność Hackego (jako realizatora) stała się zrozumiała, Ariel Pink razem z Haunted Graffiti w końcu zabrzmiał mature, a nie jak z radyjka, a na ostatniej Laetitii Sadier pojawiła się piękna paleta brzmień.

A zmieniłem tylko tyle: zamiast Audionovy CA z Harmanem połączył Real Cable. Ta pierwsza dobrze spisywała sie z NADem, tutaj okazuje się, że nie bardzo.

Konsekwencje: szeleszczące przedtem niemiłosiernie sybilanty uspokoiły się (łagodna Morcheeba wkurzała). Zniknęła ogólna hałaśliwość i jednowymiarowość. Poszerzyła się paleta brzmień. Niskie tony zróżnicowały się, a przede wszystkim już są obecne (zamiast wielkiej dziury i przykrego łupania w bardzo niskim rejestrze). Wreszcie słuchanie wciąga.

I łyżka dziegciu. CA A1 mimo, że teraz podaje ładnie i kolorowo, ma chyba jednak trochę za mało mocy. I kiedy Fugazi gra tylko oszczędną perkusją, jednym riffem gitarowym i trochę schowanym basem, jest fajnie, nawet bardzo. Jak się rozkręcają – talerze szaleją, dwie gitary robią ścianę, a wokalista krzyczy, to wyraźnie spada dynamika.

I teraz eksperymentów część druga.

Kolejne, może nawet większe zaskoczenia miały nadejść. Zachęcony zaskakującym rezultatem eksperymentu z Real Cablem i CA zaopatrzyłem zestaw NADa z Tonsilami w kable Melodiki (Purple Rain) zarówno łączówkę, jak i głośnikowe (MDC2400). W pierwszej chwili niewiele, może trochę ciemniej, a później szok (znów).

Melodika

Przede wszystkim zniknęły dwie najbardziej irytujące cechy dźwięku – częsta radyjkowatość i foliowanie. Pierwszy efekt polegał na tym, że płyty brzmiały jak odtwarzane z małego, kuchennego radyjka. Wspominałem o czymś podobnym wyżej, ale jedynie w odniesieniu do Ariela Pinka. Tam chodziło o tę jedną płytę. Tutaj o więcej i efekt z większym nasileniem. Foliowanie za to było gorsze. Dźwięk często przypominał folię łopoczącą na wietrze – niestabilny, źle rozmiękczony, okropieństwo.

Jak dotąd nawet najgęstszy materiał nie wywołuje żadnego z tych efektów. Co więcej zniknęła także męcząca krzykliwość i ostrość (góra) oraz bałagan. W obu przypadkach – zgodnie z tytułem wpisu – usunięta została jazgotliwość.

Muzyka zaczęła płynąć – wracam do NADa i Tonsili – w sposób niezwykle wciągający, dynamiczny i poukładany.

Aquavoice wprowadziło mnie w katatonię: plumkający w tle ambient (wcześniej) zamienił się w fantastyczny spektakl. Holograficznie rozmieszczone źródła rozmaitych energii kreśliły krajobraz jak z podboju kosmosu. Duża inwencja brzmieniowa arysty została tu dodatkowo wsparta przez dobre rozlokowanie źródeł pozornych.

Znalazłem fragment płyty, której słuchałem, niestety bez jakiegokolwiek obrazu:

„Slang” Volapuka zabrzmiał bardzo energetycznie (ta płyta taka po prostu jest), ale zarówno wiolonczela, jak i klarnet basowy wydały mi się odchudzone. Całość zaś trochę wyostrzona. To było jednak późnonocne słuchanie. Na drugi dzień, na większej głośności, pojawiło się więcej masy. Poza tym, to jednak monitory, a ja brzmienie porównywałem do pamiętanego z podłogówek.

A jak ktoś ma zacięcie,  żeby z sieci słuchać całości, to proszę bardzo:

Szybkie ćwiczebne przesłuchy wypadały bardzo na korzyść nowego zestawu: na gęstych fragmentach King Crimson (z „Islands” i „In the Wake of Poseidon”), jak i Van der Graaf Generator („World Record”) nie było najmniejszych problemów z przejrzystością dźwięku. Pole (1, 2 i 3) wypadło bardzo fajnie, chociaż, zgodnie z oczekiwaniem, dół trochę urwany i bardziej wciągające zdarzenia z góry (ale rzeczywiście wciągające. I w podobnym duchu wyszło słuchanie Andy’ego Stotta („We Stayed Tohether) i Carter Tutti Void. Stott trochę nie pomieścił się z basem (zabawę powtórzę na głośnościach dziennych, a nie nocnych). Natomiast manipulowanie hałasem przez CTV ujawniło tym razem olbrzymią ilość mikrozdarzeń rozłożonych na linii pulsującej bazy. Okładka jak muzyka:

Bardzo iskrząco zagrał Fennesz klasykiem „Endless Summer”, a zróżnicowania jakości brzmień na bardzo fajnym, ostatnim Molok Munie przestały denerwować. Bardziej lołfajowe momenty stały się składnikami muzycznej układanki umieszczonej w przejrzystej przestrzeni.

Czarował także Vangelis na ścieżce dźwiękowej do „Łowcy androidów”. Fantastycznie zróżnicowały się przestrzenie utworów. Pogłosy rozmowy Rachel i Dackarda otwierały zupełnie inny klimat niż sam głos Rachel zatopiony w muzykę. A jeszcze inaczej zabrzmiał dostojny początek.

Jeszcze na szybko, pakując się, wrzuciłem „Midnight Boom” The Kills. Zagrało tak, jakby muzycy siedzieli na wulkanie, który drży, huczy i momentami rzyga lawą. Spokojne fragmenty zamieniły się w pełne napięcia zmagania sił, które chwilowo prawie się neutralizują, by zaraz eksplodować. Nie wiem, czy to sprawka NADa, który ma teraz łatwiejszą robotę z małymi kolumnami, czy fuzji całości, ale dynamika wbijała w fotel. Basu oczywiście mniej niż z podłogówek, ale nie tak, żeby narzekać. Przestrzeń, przejrzystość świetne.

Kable Melodiki zlikwidowały jazgot, uspokoiły i uporządkowały całe pasmo. I co ciekawe, to wszystko mimo tego, że kolumny nie są ustawione optymalnie (na meblach i trochę za wysoko). Tonsile po raz pierwszy zagrały świetnie i mam wrażenie, że – również po raz pierwszy – system, do którego należą gra lepiej. Tu jednak mała wątpliwość – lepszość, czy efekciarskość? To pokaże dopiero dłuższe słuchanie. Jest też jeszcze druga – takie jaśniejsze brzmienie, w którym paleta barw jest bledsza to chyba jednak nie do końca moja bajka. Ale teraz brzmi to tak dobrze, że zmiany w systemie stają się jedynie możliwością, a nie obsesyjną koniecznością. A może się przyzwyczaję?

Reklamy

Raczej siedzenie niż bieganie, ale…

14 Mar

Świat zadziwiać nie zaprzestaje. Tylko przepiąłem NADa i Tonsile dostały kopa. Gdyby ktoś zrobił mi po omacku test, to w życiu nie powiedziałbym, że to te same głośniki – nabrały blasku, wydobyły szczegóły i szaleją. Jak ktoś czytał przedostatni wpis, to teraz może dopisać przy nim wielki nagłówek: „nie podpinać Tonsili do CA A1, grozi irytacją”. NAD napompował je muzycznością, kolorami, dynamiką i basem, a one wszystko wchłonęły i intensywnie z siebie wypromieniowują. Aż boję się pomyśleć, co by było, gdyby podłączyć je do sprzętu z wyższej klasy.

Głośniki oszalały do kwadratu, kiedy wpiąłem nowe źródło – netbooka z zewnętrzną kartą/Dakiem. Dostały tyle szczegółów, że nie uwierzyłem. Pojawiły się bardzo wyraźne przydźwięki z szarpania strun gitarowych (sprawdzone najpierw na cd-ku Nine Inch Nails, pierwszy utwór na „Fragile” płyta Left, a później na flacu I Led Zeppelin), o których wcześniej nie było sensu nawet myśleć.

Są też gorsze strony tego dobrego. Pierwsza – bardziej chciałoby się słuchać muzyki niż robić cokolwiek innego, a roboty mnóstwo, więc frustracja, że tylko półuchem, albo w biegu, wyrwana minutka, no może dwie. Druga – jednak potencjału Wafli szkoda, bo CA je odchudził i dźwięk spłaszczył. Znoszą to co prawda dzielnie i jest przyzwoicie, ale ponieważ pamiętam jak potrafiło być, to jednak król ból. No i żeby nie było tak idealnie – jednak przy gęsty materiale Tonsile troszkę potrafią się przydusić, mimo bardzo zróżnicowanej palety brzmień.

Najbardziej zadziwia mnie (poza dziwactwami źródeł – netbook brzmi CHYBA lepiej od regularnego cd-ka [do sprawdzenia!]) pewien aspekt estetyczno-poznawczy. CA nie gra źle przecież, jest taki „przyjazny”, czy „przyjemny” w swoim wyrazie, ale muzyka nie wciąga. Oglądany z zewnątrz problem nie istnieje – gra toto wszystko z grubsza tak samo, piosenka jest piosenka, koniec. Więc nie wytłumaczysz osobie postronnej. I jak to wyjaśnić? Przyzwyczajeniem?

No dobrze, wstawiam edit do przedostatniego wpisu, żeby patrzeć tu. Robię nową kategorię „słuchanie sprzętu”.

I jeszcze, żeby było porządnie, nowa konkluzja: Sun Araw zabrzmiało znacznie lepiej, więc może uda się znaleźć właściwy dźwięk, dużo lepiej też wypadły zamglone, zaszumione bity Andy’ego Stotta („We Stayed Together”). Głosy nadal fajnie, ale też pojawiało się sporo szczegółów przy innych okazjach (wspomniana gitara, perkusjonalia – np. Liquid Liquid. Nadal dobra dynamika (The Kills, „Midnight Boom”). I zaczęła się bardzo różnicować przestrzeń (studia?, wirtualna, wpisana w płytę?). Bogaty (brzmieniowo) wzmacniacz wydobędzie z Fiest Sat dużo dobrego, dużo więcej niż podejrzewałem na początku. W sieci są oczywiście spory, jak to zawsze, czy dobre, czy złe. Ale po tym, co dziś i wczoraj usłyszałem, rozumiem już tych, co twierdzą, że te kolumny w swoim zakresie nie mają konkurencji. Ja nie mam rozeznania, żeby to zweryfikować, ale dziś i wczoraj wypadły celująco w kategorii „przyjemne słuchanie” i to starczy. Rzeczywiście, zdają się trochę dusić przy gęstszych ścianach (dziś: Godspeed You! Black Emperor), ale muszę jeszcze poeksperymentować ze źródłami. Pojawiają się spore różnice (większe niż bym się spodziewał) w zależności od tego, czy to gramofon, czy cd-ek, czy netbook

Słuchałem dziś kilku fragmencików „Haus der Luege” na Waflach i CA. Tutaj nawet psucie brzmienia nie zepsuło fantastycznej płyty, więc stosowny fragment słowno-muzyczny z Twojej Rury: