Tag Archives: koncerty

Molok i Mun

25 Kwi

I znów dzięki zabiegom Ziemowita mieliśmy okazję posłuchać świetnej muzyki.

Tym razem na podłodze sceny „Domu Muz” zasiedli Molok i Mun w składzie Darek Brzostek i Darek Wojtaś. Muzycy, których można usłyszeć na płytach Molok Mun (bez spójnika „i”), „Dźwiękopis Orient Potockiego” oraz na niektórych wydawnictwach Hati.

Panowie zaserwowali nieco ponad godzinną, pozbawioną przerw podróż przechodząc po drodze gładko od klimatów  folkorystyczno elektronicznofield recordingowych po mięsiste rytmiczne duby na koniec. Zaczęło się dość spokojnie pojedynczymi stuknięciami przepuszczonymi przez kamerę pogłosową, do których niemal od razu doszedł dron. W tło szybko włączyły się też nagrania pluskającej wody. Muzyka rozkręcała się i coraz więcej przeszkadzajek wchodziło do gry: gongi, dzwonki, perkusjonalia, czy melodyki (harmonijki dmuchane), na których artyści zagrali świetny duet. Wreszcie ta  stosunkowo płynna całość zaczęła porządkować się nieco dzięki rytmom schowanym jednak w tle na tyle, żeby nie zdominowały reszty. Jeśli szukać podobieństw, to na myśl przychodzi Rapoon, ale Molok i Mun zagrali bardziej duszno, mniej melodyjnie – i jak dla mnie – ciekawiej niż brzmi wiele Rapoonowych kompozycji.

W drugiej części, dość niepostrzeżenie dronowe tło uporządkowało się rytmicznie i pojawiła się gitara basowa chwytając wszystko w karby. Kołyszący rytm był zderzany bądź z płynącymi falami noisami, bądź uzupełniany o drobne, lokalne rytmy. Tutaj możliwe skojarzenia to dubowy Bill Laswell, albo Muslimgauze, ale znacznie mniej ostry brzmieniowo. Bas zniknął w pewnym momencie zostawiając tylko odtwarzane uderzenia perkusji, które po chwili płynnie zamieniły się na powrót w pluskanie wody.

Muzyka dość mocno odbiegła od płyt, zarówno od „God Bless Molok Mun…”, jak i od „Dźwiękopisu”, więc nie dają one dobrego punktu odniesienia do wyobrażenia sobie tego, co Molok i Mun zagrali. Zwłaszcza dla rytmicznej drugiej części koncertu. Może trochę, jeśli chodzi o brzmienia i gęstość dźwięku. Na szczęście, jeden i drugi Darek w rozmowie odgrażali się, że jakiś materiał jest w  przygotowaniu, także sam koncert był rejestrowany, więc jest nadzieja na play it again, Sam.

A podsumowanie jest takie: kiedy wracaliśmy z koncertu, Rafał stwierdził, że wieczorkiem, w domu puści sobie Molok Muna na słuchawkach. Ja od razu zrobiłem to samo.

PS Niestety, w wirze, chmurze, sieci, wirtualu, czy jak wolicie, Molok Muna prawie nie uświadczysz. Znalazłem jedynie jakieś uryweczki z innego koncertu (w innym składzie) przeplatane wypowiedziami Darka Brzostka TUTAJ.

T’ien Lai – nowy talent

23 Kwi

Ziemowit jest najbardziej heroicznym organizatorem koncertów na świecie. Od ładnych paru lat dzięki jego pracy odbywają się regularnie znakomite, kameralne koncerty oraz inne wydarzenia okołomuzyczne i nie tylko. Mimo mizernych środków, jakimi może rozporządzać!

Tym razem wraz z Fundacją smacznego przygotował koncert nowego projektu o nazwie T’ien Lai. Choć nazwa brzmi dalekowschodnio, to jak się dowiedziałem, jest pochodzenia dalekozachodniego, a jej źródłem jest książka Philipa K. Dicka.

Koncert był bardzo dobry, co najlakoniczniej mówi tytuł notki. Na scenę wyszły dwie zamaskowane osoby w ciemnych bluzach z kapturami. Maski były całkowicie białymi, neutralnymi twarzami. Obie stanęły po dwóch stronach stołu zastawionego sprzętem, zwracając się ku sobie i bokami do publiczności.

Na koncert złożyły się dwa utwory łącznie trwające około 45 minut. Najogólniej: lokowały się one na przecięciu ambientu i elektroniki postindustrialnej. Szukając podobieństw – brzmienia trochę jak Dead Voices on Air, ale muzyka bardziej gęsta. Może trochę, jak Rapoon, ale mniej wyraźnych rytmów. A trochę może jak Troum – ale znów gęściej, a trochę jak Maeror Tri, ale z cieplejszym brzmieniem.

W obu utworach w tle kołysały się basowe drony nadające właśnie całości pewnej ciepłoty. Muzycy chętnie i na różne sposoby posługiwali się przyniesionym radiem – były fragmenty uchwyconych stacji, ale były też zapętlenia i przetworzenia fal radiowych. W drugim utworze, wydobyły się one bardziej na plan pierwszy, przez co sprawiał on wrażenie ostrzejszego i zimniejszego. Choć muzyka miło kołysała, to nie sposób było się nią znużyć, bo muzycy wyłuskali olbrzymie bogactwo brzmień z tego całego stosu kłopotów leżącego na stole. Były fragmenty grane na syntezatorze, były manipulacje przetwornikami, były manipulacje bodaj i piecykiem. Największa słabość: było za krótko, ja chętnie posiedziałbym przynajmniej jeszcze przez kolejny 20-to minutowy utwór.

Mam nadzieję, że muzycy z T’ien Lai szybko zakręcą się wokół nośnikowego debiutu z jakąś ładną oprawą graficzną. Świetnie wpisują się w pewien nurt niezależnej elektroniki bezlaptopowej, która bardziej wychyla się ku postindustrialnym ambientom niż rytmicznym krautom. Co sugeruje między wierszami wydawnictwo kasetowe. Ale sam nie wiem, czy fajniej byłoby posłuchać T’ien Lai miękko z taśmy (albo winylka), czy z ostrzejszego cd-ka. W każdym razie, ja już staję w kolejce, więc proszę się spinać z wydawniczym debiutem!

A tu coś dla tych, co nie dotarli: