Tag Archives: Innercity Ensemble

Jesienny wysyp

25 List

Posypało się świetnych płyt na jesień. Plany były ambitne, żeby o każdej coś napisać, ale nie wiem, czy to wyjdzie, a jeśli tak, to kiedy. Siedzę głównie nad dokumentami z KRK (jak ktoś nie zna tego skrótu, to jest po właściwej stronie linii oddzielającej piekło i biurokrację od normalnego świata), na drugim blogu chcę dokończy sprawozdanie z wykładów kopernikańskich, powoli popycham do przodu książkę (zbyt powoli), a gdzie tu jeszcze słuchanie muzyki i pisanie o niej…

Koniec mędzenia, do roboty.

Płyta Darka Wojtasia i Z’eva PRO PAGAN DA na pewno należy do najmroczniejszych wydawnictw tego roku. Dwa utwory. Głęboki dron, (post)industrialne, ciężkie brzmienia. Słuchając pierwszego ma się wrażenie wpadnięcia w oko elektromagnetycznego cyklonu, jakby siedzieć samodzielnie w jakimś namiociku, czy samochodzie na wielkiej łące pośród szalejącej burzy. Niesamowite odczucie przelewających się mas dźwiękowych. Klasyka wzniosłości dynamicznej. Pięknie wydana w stylu karty okolicznościowej z płytowym wsadem. Polecam notkę na temat tej płyty u Darka.

Jeden  z Hatikowych Rafałów – X:NAVI-ET ma pracowity rok, a przynajmniej bogaty wydawniczo, bo pracowite były lata przygotowywania tych utworów. Na wiosnę mieliśmy winyl, a teraz ukazuje się kompakt z innym materiałem, opatrzony tytułem „Brain Overloaded”. Mój mózg się nie przeładowuje, mimo, że całkiem sporo słucham ostatnio analogowej elektroniki. Rafałowi daleko jednak od mody na rozwodniony new age. Płyta jest gęsta, duszna, od połowy mam wrażenie narastającej atmosfery napięcia i czegoś wiszącego w powietrzu. Słucha się jej mniej więcej jakby oglądać bardzo wciągający kryminał. I fantastyczna oprawa. (Dla ścisłości, płyta wyszła bodaj w czerwcu, a nie na jesieni, ale co to przeszkadza…)

Ktoś na serpencie napisał krótką recenzję nowej płyty Małych Instrumentów („Chemia i fizyka”) – że genialna. I to najlepsze podsumowanie. Jak rozmawiałem z Pawłem Romańczukiem już po wydaniu „Antonisza”, zapowiadał, że mają sporo swojego materiału i od wtedy czekałem (nie)cierpliwie. Podobnie jak na wcześniejszych płytach mamy tutaj humor i brzmienia wycyzelowane i wyszlifowane jak diamenciki. Ale dochodzi do tego jeszcze różnorodność kompozycji, a jak Instrumenty rozbujały się pod koniec to jest odlot jak Gagarin rakietą. Mam nadzieję, że dotrą kiedyś do Torunia (tą rakietą, oczywiście).

O Innercity Ensemble wspomniałem w jednej z wcześniejszych notek, a w końcu, dzięki uprzejmości Rafała i Ziemowita, płyta dotarła do mnie. Supergrupa zrobiła superpłytę (Zagrali: Radek Dziubek – laptop, perkusja; Rafał Iwański – gongi, perkusja; Wojtek Jachna – trąbka, flugelhorn; Rafał Kołacki – gongi, perkusja; Artur Maćkowiak – gitara, syntezator; Tomek Popowski – bębny, perkusja; Kuba Ziołek – gitara, sampler). Jest bardzo różnorodnie. Odtwarzacz startuje i pierwsze uderzenia mogłyby anonsować płytę Hati, ale  dalej zmieniają się proporcje i pojawiają inne instrumenty. Trąbka Jachny wprowadza elementy jazzujące, Kuba Ziołek fantastycznie gra na gitarze,  jeszcze gdzie indziej plumkają jak dzwoneczki dźwięki z samplera lub syntezatora. Darek (słusznie) polemizował z opisem serpentowym, który poszukuje zbieżności z No-Neck Blues Band, czy Sunburned Hand of Man (między innnymi), ale coś jest w tej intuicji, że też mamy tutaj fascynujące złożenie improwizacji z różnymi innymi nurtami. Darka uwagi krytyczne pozwalają z kolei oddzielić Innercity od projektów amerykańskich i dzięki temu widzimy ich oryginalność (jednocześnie unika się posądzania o naśladownictwo). Oby muzycy się rozpędzili i nagrali więcej takich płyt jak „Katahdin”.

A oto fragment:

Wejście smoka z gongami. Hati w znakomitej formie, tutaj podczas koncertu wraz z Darkiem Brzostkiem. Jeden długi, zmieniający się utwór. Początkowo miałem kręcić nosem – jak tu za jednym przysiadem złapać ciągiem 50 minut. Wróciłem do domu, wrzuciłem do odtwarzacza i poszło. I odechciało mi się marudzić, że niepodzielone. Hati świetnie stosują strategię grania z muzykami, którzy przełamują ich brzmienia perkusji i gongów, co wyraźnie zmienia charakter poszczególnych płyt. Po tegorocznych wydawnictwach Rafała, mam już nie aż tak cichą nadzieję, że może będą mieli ochotę na mariaż gongów i analogowych dźwięków w stylu „Mózgu przeładowanego”.

Pojawił się jeszcze nowy zestaw kasetek w Sangoplasmo, ale to może innym razem.

Reklamy

Klaszczę w dłonie

10 Paźdź

Właśnie na Serpencie natknąłem się na informację o płycie bardzo ciekawego projektu, stworzonego z udziałem następujących muzyków: Radek Dziubek, Rafał Iwański, Wojtek Jachna, Rafał Kołacki, Artur Maćkowiak, Tomek Popowski, Kuba Ziołek. Z jakiegoś powodu nie działa jednak soudcloudowa strona utworu z nowej płyty, więc wstawiam to, co znalazłem:

Ale tak pierwotnie chciałem wrócić do jednej z sygnalizowanych wcześniej reedycji:

Tym razem nie wklejam zdjęcia okładki, bo powyżej kawałek jej widać i już mi się nie chce skakać z aparatem wokół pudełka, żeby uniknąć blików.

Reedycja ważna, bo moim zdaniem „Bydgoszcz 1986” to chyba ostatnia wielka płyta zimnej fali. Jeśli tak sobie sztucznie rozgraniczyć, że zimna od nowej różniłaby się właśnie zimnem, czyli przede wszystkim oszczędnością/bogactwem brzmień i jednolitością/różnorodnością klimatu. Dyskusyjne, wiem, trudno. Tak, czy owak, spokojnie można postawić tę płytę obok Joy Division, wczesnego Bauhausu, wczesnego The Cure, czy X Mal Deutschland. Z jednej strony spójna do bólu, z drugiej, wrażenie robi inwencja w różnorodnym wykorzystaniu minimalnych środków. Muzycy i realizatorzy uzyskali fantastyczne, przytłaczające brzmienie, mimo kłopotów ze źródłem. Nawiasem mówiąc, nawet jeśli w okolicach 3/4 minuty pierwszego utworu słychać trochę zaburzenia jakości (trochę w stylu wkręcania taśmy), to jeszcze bardziej nakręca to klimat całości.

Utwory też są świetnie zaśpiewane, a rozpoznawanie drobnych różnic w tekście śpiewanym i wydrukowanym, czy kłopoty z rozpoznaniem ze słuchu jeszcze nakręcają wrażenie drugiego dna, które wyłazi prześwitami.

Jak ktoś ma upodobanie do takich metafizycznych dreszczowców na skład nowofalowy, to kupuje i słucha na okrągło do zdarcia lasera/igły.

I jeszcze wyjaśnienie czasowe: płyta została zarejestrowana w 1986 roku, co już chyba robi ją – zgodnie z tym, co wyżej – ostatnim arcydziełem zimnej fali. Ale tu się zaczyna dreszczowiec: taśmy skradziono, a ten materiał był odzyskiwany z jakichś innych nagrań. Historia absolutnie dramatyczna. Płyta oficjalnie ukazuje się po raz pierwszy w 2002 roku na kompakcie, a obecna reedycja jest pierwszym wydaniem jej również na winylu. Ciekawe, że zespół musiał czekać aż do 1993 na pierwszą publikację swojej muzyki (płyta „Variete”) – popełnili arcydzieło, które znika, a później czekają kilka lat na upublicznienie innych swych prac. Henri Bergson utrzymywał, że siła życia eksploduje nawet w niesprzyjających warunkach – i tutaj chyba coś takiego się dzieje. Przecież normalna kolej rzeczy – w tym reakcja słuchaczy na pierwszy materiał – zostaje całkowicie zaburzona.

Najwyraźniej polska retromania rządzi się zupełnie innymi prawami niż anglosaska i naszymi reedycjami rządzą inne mechanizmy niż opisywane przez Reynoldsa, przywoływanego w jednej z wcześniejszych notek.

I do słuchu:

Nie będzie inaczej:

I Klaszczę w dłonie: