Tag Archives: inflacja informacyjna

Opanowanie nadmiaru

6 List

Wszyscy oczywiście znaleźliśmy się w stanie głębokiego szoku, kiedy Janusz już kilka tygodni temu ogłosił, że przestaje zbierać płyty.

Nie byle co. W końcu, Janusz był awangardą, stanowił ucieleśnienie kolekcjonerstwa. Tygodniowo otrzymywał więcej paczek z płytami, niż większość z nas kupuje płyt miesięcznie.

Z drugiej strony, przestrzeń jest ostateczną granicą – dajcie nam wystarczająco dużo czasu, środków i dostęp do sklepów, wydawnictw, artystów, a zapełnimy każdą dostępną przestrzeń. Kres jest więc wpisany w nasze wysiłki.

Interesują mnie rozwiązania tego problemu. Z kilku powodów – jako zbieracza, ale też, ponieważ zawodowo przyciągnęła mnie kwestia inflacji informacyjnej (w mojej czarnej książce jest ślad tego, jeśli kto ciekaw).

Jedną z wersji zaproponował Ziemowit: przewietrz zbiory, wyrzucając wszystkie cd-romy. Przypuszczalnie, część z nich i tak już szwankuje. Faktycznie, zwłaszcza w latach zerowych, zgrywanie na cd-ry było ważną częścią kolekcjonowania muzyki (co wyszło mi przy innych badaniach). Więc teraz powolutku, można się tego wyzbyć i zrobić sobie miejsce.

Inna wersja – zarządzaj kolekcją tak, aby utrzymywać stałą jej wielkość. Powiedzmy, że to rozwiązanie Stevena Stapletona z Nurse With Wound, ponieważ kiedyś powiedział, że jak już dobrze zorientował się we własnych upodobaniach, to pozostawił sobie jedynie ok 2 tys. płyt (orientacyjnie – dwa wysokie regały).

Jeszcze inna wersja – przejść na media cyfrowe. Wtedy wystarczy półeczka na dyski twarde. Sęk w tym, że na razie dość licho z budżetowymi odtwarzaczami, które zagrają flaca (ape’a itd.) i będą konkurencją dla odtwarzacza cd. Nie mówiąc już o tym, że potrzymanie okładki to też ważne doświadczenie (muzyczny fetysz, było nie było).

Wersja czwarta – wypracowanie klucza kolekcjonerskiego, który utrudni lub w praktyce uniemożliwi zatonięcie w zalewie płyt – np. kupuję tylko płyty, które 1. uważam za genialne oraz jednocześnie 2. wydane są na białym winylu w zielone ciapki, albo: kupuję tylko płyty, których tytuły zaczynają się na „Ę”, albo: tylko wznowienia z lat 2010-2012 płyt oryginalnie wydanych w 1968 r. Itd.

Konkluzji nie będzie. Jestem zmęczony po dwóch intensywnych dniach konferencyjnych (jak złapię trochę sił, to je opiszę na drugim blogu), więc dziś tyle i obok-muzycznie.