Archive | Grudzień, 2013

Czarno-złota płyta

31 Gru

Jakoś dotychczas traktowałem T’ien Lai jako projekt elektroniczno-postindutrialno-jakiś tam. Uzasadniał to koncertowy stół z różnymi elektronicznymi ustrojstwami, wykorzystanie radia i hałasu/szumu. Na  koncercie w „Domu Muz” zwróciłem uwagę na pętle dźwięków syntezatorowych, a w jednym utworze (na koncercie byłem przekonany, że to trzeci, a na płycie zorientowałem się, że to drugi; zdaje się, że pierwszy – serca miast zatrzymują się –  potraktowałem jako dwa) uderzył mnie charakterystyczny zapętlony riff gitarowy. Jakie było skojarzenie? Popol Vuh!

Tien Lai 2

Koncert był dobry, ale jak dla mnie trochę zbyt głośny. Muzyki słucham stosunkowo cicho (moje głośno to dla innych zbyt cicho; Macieju, pozdrowienia!). I trudno mi było się skupić. Nie słuchałem więc przyniesionej płyty ani po koncercie, ani drugiego dnia, a dopiero trzeciego, w sobotę. Początek – no jasne, przestrajanie radia odgłosy audycji, to czego się spodziewałem. Ale im dłużej słuchałem, tym bardziej zdumiewała mnie melodyjność płyty. Drugi utwór, jitron (ten „trzeci” z koncertu) już wtedy skojarzył mi się brzmieniem i pewną pogodną podniosłością z Popol Vuh, a teraz to skojarzenie wróciło i na swój sposób umacniało dalej, bo w dalszych partiach przyszły mi na myśl dłuższe, czysto instrumentalne kompozycje Gongu. No, nie ma tu tego samego, ale jakby klimat psychodelii został uchwycony, choć przy bardzo odmiennych środkach.

Na swój sposób, T’ien Lai mnie zaskoczyło – muzyka okazała się inna niż myślałem. Ale też bardzo się z tego cieszę, bo wydaje mi się przez to przyjemniejsza, bardziej wielobarwna i mniej „zimna”. Monotype wydało ją w piękny sposób utrzymując okładkę w czarno-złotych kolorach.

Tien Lai 1

Przyglądając się jej można odnieść wrażenie dotykania nie tyle kiczowatych plastików wypełniających pokręcone światy Philipa Dicka (z jego powieści wzięła się nazwa zespołu), ile egzotyki odległych planet, folkloru z rzeczywistości „Lewej ręki ciemności”, a może „Czarnoksiężnika…”.

Coroczna rankingomania płytowa już się rozpoczęła. Nie wiem, czy T’ien Lai gdzieś trafi, ale jak dla mnie jest to, spośród znanych mi, niewątpliwie jedna z lepszych płyt wydanych w tym roku. Dlatego jeszcze dodam stosownego taga do wpisu.

I płyta do posłuchania:

Dotknięcie widmologii

19 Gru

Korzynski 1

Tego dnia, kiedy płytę przyniosłem do domu, włączyłem ją dopiero wieczorem. Jak się skończyła, jeszcze raz. A później jeszcze raz. Trzy razy z rzędu. Następnego dnia rano też kawałek zdążył zagrać. A w następnych dniach, jak nie było szans, żeby przeleciała całość, odtwarzacz losował utwór (lub utwory). Ponieważ jest to zbiór prac z różnych okazji, momentów i składów, odtwarzanie losowe nie przeszkadza, w zasadzie każda kompozycja jest osobną całością, choć oczywiście wszystkie podane razem na jednej tacy tworzą ładną całość.

Korzynski 2

Najbardziej uderzające było doświadczenie odległej znajomości. Rzut oka na spis utworów od razu wyłowił to:

Ale i inne utwory zdawały się obco-znajome.

Korzynski 3

Na swój sposób to było największe estetyczne wyzwanie podczas słuchania tej płyty: to, co w niej znane usłyszeć na nowo. Już nie jako odlegle kojarzącą się (oczywistą) muzykę, tło z filmów oglądanych bardzo dawno temu, ale jako unikalny rezultat wysiłku artystycznego Andrzeja Korzyńskiego i grających z nim muzyków. Usłyszeć naiwnie te fantastyczne brzmienia, pomysły aranżacyjne, równolegle z podróżą sentymentalną do niepamiętanych już filmów usłyszeć „bezpośrednio” świetną kreację artystyczną.

Informacje wydawcy na temat płyty są TUTAJ.