Archive | Styczeń, 2013

Cyrk martwych koni i kozioł

29 Sty

Zaczyna się industrialnym pomrukiem i bębnieniem trochę w stylu Amona Tobina, jakiś głos. Ewidentnie coś wisi w powietrzu, to tu, to tam pojawiają się różne dźwięki i odgłosy, a atmosfera napięcia pozostaje nierozładowana do końca utworu. Muzyka gaśnie wraz z zanikającym głosem. „Marmur”. Bębnienie powraca, ni to okrzyk, ni to śmiech. Skwierczenia winyla, powtarzający się prosty motyw, niepokój jest podtrzymywany. Tym razem industrializująca, maszynowa repetycja pracuje w tle, a później w tle tego tła. „Piramidy” przynoszą dźwięk płynący do tyłu. Aż wreszcie w „Cyrku martwych koni” wraca kabaretowo-pozytywkowy klimat z pierwszej płyty. Wydaje mi się, że efekt nakręcania pozytywki robi dźwięk przeładowywania karabinu, słychać zresztą strzały, gdzieś w oddali, tak, że za chwilę nie wiadomo, czy na pewno były. I znów jakieś maniackie gadania w niezrozumiałym języku. Odzywają się syreny i kobiecy głos (Emma Wyrd) powtarza po francusku „uwaga”. Tutaj pomyślałem sobie, że estetycznie Monopium najbliżej ma na tej płycie do Drahomira Song Orchestra. Tak samo brudne dźwięki, tak samo niejednoznacznie składające się plany i podobnie, mimo posługiwania się elementami charakterystycznymi dla różnych stylistyk, nie sposób całości łatwo gatunkowo przyszpilić. No chyba, że jakoś tak: plądrofonia robiona z postindustrialną wrażliwością. No i wilk wywołany: „zabójcy” opierają się na powtarzającym się mocnym uderzeniu z ogonem w postaci plusku wody. A ta „właściwa” muzyczność dzieje się gdzieś z tyłu, jakieś smyczki, czy coś takiego. „Fade away” przynosi odprężenie w postaci dźwięku (dętego chyba?) szukającego swojej drogi, a przez to nieustabilizowanego. „Lights & serpentines” odpręża jeszcze bardziej dzięki powtarzającemu się uderzeniu w pianino. Błogość osiąga ironiczne apogeum w „La primavera” (przywodzące na myśl „refleksyjne” momenty na płytach Der Blutharsch) i jej centralnym motywie granym na harmonii wraz z męskim głosem mówiącym coś (chyba) po niemiecku i (znów) industrialnym szuraniem w tle. Później chaos wraca, a stawiające opór organizacji dźwięki rozrywa nagła cisza. „As-sawira'” wraca do nieco spokojniejszego nastroju, choć lołfajowo podany motyw tyleż wycisza, co niepokoi, trochę jak w odmętach pamięci Caretakera. Całość zamyka śpiew Euski w powtórzonym „La primavera (my final bell)”, otoczony nawracającym dźwięku pianina.

Duże odejście od kabaretowo-surrealistycznej pierwszej płyty. Utrzymująca się przez całą płytę atmosfera niepokoju przyjmuje bardzo różne postaci. Głosy mówiące w znajomych, a nierozpoznawalnych językach, urywki melodii, szumy i uderzenia. Michał czerpie z różnych stylistyk i inspiracji, i splata z nich spójną, klimatyczną całość. Lubiący wspomnianych Drahomirę, czy Caretakera powinni bez mrugnięcia okiem wtopić się w klimat.

Pragnienie szalonej przygody

26 Sty

Kulturalne elity kompradorskie raczej podkręcają się kolejnymi (ciekawymi skądinąd) wznowieniami twórców z kręgu BBC Workshop, bądź Susan Ciani, Laurie Spiegel, czy jubileuszowych amerykańskich minimalistów, pomijając perełki wydawane przez Bołt. Przypomina mi się, dla symetrii, obraźliwa uwaga z książki (też ciekawej, swoją drogą) Alexa Rossa „Reszta jest hałasem„, że państwa real-socjalu nie mogły być gorsze od wiodącej twórczości zachodniej, więc ze względów (oczywiście) politycznych powołały lokalne odpowiedniki zachodnich wiodących zdarzeń muzycznych, jak np. festiwal Warszawska Jesień.

A nagrania wydobywane z czeluści archiwów Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia mają swoją niewątpliwą magię, chwytając coś, czego jednak nie odnajdzie się wśród wymienionych wyżej.

O swoim utworze „Bozzetti” z 1967 roku tak wypowiada się Bohdan Mazurek (podaję za książeczką załączoną do płyty):

„Jako młodego człowieka przepełniała mnie fantazja, pragnienie przeżycia szalonej przygody. Myślałem dość poważnie o wyprowadzeniu się i osiedleniu na stałe we Włoszech, co oczywiście zamknęłoby mi drogę powrotu do kraju. W Italii kochałem się i kocham po dziś dzień”.

Trzeba więc spróbować usłyszeć tę przygodę zaczajoną za rogiem i tęsknotę za imaginacyjną Italią. Jak z Felliniego:

Fantastyczny dwupłytowy zbiór utworów Bohdana Mazurka został wydany w 2010 roku, nie jest więc świeżynką recenzyjną. Ale ponieważ jest fantastyczny, to wystarczy, by wracać do niego i słuchać, i słuchać, i słuchać…