Archive | Październik, 2012

Porwany przez obcych

22 Paźdź

Jak na standardy krążenia kaset, ta jest już stara, bo liczy sobie prawie rok, wyszła w listopadzie 2011 wydana przez Digitalis. Wszystko się tu ładnie, spójnie skleja – muzyka, oprawa graficzna i tytuły. To bardzo przyjemne retro futuro sf – jeden rzut oka na okładkę i widać jakiś fantastyczny krajobraz obcej planety rodem z gry komputerowej z lat osiemdziesiątych. Alien Abduction, Alien Procession, Outland. Pierwszy z nich to miłe pomieszanie kosmiczno syntezatorowych dźwięków z podobnie syntezatroowymi dźwiękami przypominającymi silniki rakiet, promienie światła i inne. Drugi to spowolniona operacja oglądana z oddalenia, przez szybę. Trzeci, podróż nad obcą planetą jako bonus w ramach porwania, sporo plam dźwiękowych, sporo dronów i czasem rytmy. Wszystko oczywiście syntezatorowe. Gdyby w czasach podstawówkowej fascynacji Jarrem, Tomitą, Kraftwerkiem, czy TD były szeroko dostępne takie obce porwania na syntezatorach, to pewnie niejeden z nas oszalałby ze szczęścia. Oczywiście w trakcie badania przez obcych.

Alien Procession:

Nowe wieści 8

16 Paźdź

Tak to się śmiesznie układa,  że przez długi czas nic, a tu bach, i dwie paki przychodzą na raz. I w tej klęsce urodzaju, człowiek nie wie za co złapać. Łapy się trzęsą przy zdejmowaniu folii, żeby wszystko jak najszybciej, a najlepiej na raz włączyć.

Na pierwszy rzut poszedł świeżutki Jim O’Rourke – „Old News #8” (jeśli nie liczyć pośpiesznie puszczonego przy kolacji Blimpa). Długa płyta (podwójny winyl), więc następne w kolejce mają dłuższe odroczenie.

Pierwsza strona przynosi długi, ciekawy dron, który poniekąd mógłby znaleźć się jako dronowo-noisowy kawałek na którejś płycie Six Organs of Admittance, albo (znów poniekąd) jako odrębna kompozycja Natural Snow Buildings. Podoba mi się pełny dźwięk o szerokim spektrum, na wcześniejszych płytach z serii często kompozycje wyraźnie operowały chętniej na wysokich tonach. Dron po pewnym czasie (na cd-ku można chociaż czas sprawdzić) uspokaja się i przechodzi w jakieś bardzo zanieczyszczone dzwonienie z pojedynczym ciągłym dźwiękiem w tle, aż pozostaje tylko on, trochę niczym u Ambarchiego. Aż do wyciszenia.

Druga strona przynosi dalszy ciąg postindustrialnego, modulowanego ni to skrzypu, ni to szurania z powracającym w tle dźwiękiem.  Więcej tu takiej fali stojącej, ale tło cały czas generuje atmosferę niepokoju. Wreszcie, pierwszy plan cichnie i zostaje powracające tło i niejako powidok tego, co przed chwilą jeszcze hałasowało. Wreszcie, mniej więcej w połowie utworu ciszę przełamuje tylko delikatne pulsowanie. Trwa ono dłużej, ale dołączają do niego, równie delikatnie podane, przecinające, dłuższe dźwięki. To taki moment uspokojonego, wyciszonego niepokoju. Wszystko niby zamarło, ale coś się dzieje w okolicach linii horyzontu.

„Mere Pt 3”, czyli strona C zaczyna się jakby przyspieszonym o bardziej widmowym Ambarchim, a w pewnej chwili pojawia się jakby trąbka przebijająca mgłę.  Tutaj brzmienie jest bardziej przejrzyste, mniej postindustrialno zagęszczone tarciami i skrzypieniami. Mgła ustępuje buczeniu trochę kojarzącemu się z samolotem lecącym nocą gdzieś wysoko nad domem, w którym odzywa się rozregulowane radio łapiące tylko jakieś niewyraźne fale. Do tego dochodzi delikatny niepokojący dźwięk smyczków momentami czysty, momentami fantastycznie rozjeżdżający się jak u Scelsiego. W drugiej połowie smyczki ustępują instrumentom dętym podobnie rozchwianym i rozjechanym, ciągnącym długie dźwięki na zmianę, równolegle, czy z pewnym przesunięciem.

Ostatni utwór – „Merely” (strona D) zaczyna się rozmytym rytmem, który jest tak zrealizowany, że momentami brzmi jak dron, a nie jak uderzenia. Na to wchodzą delikatne dzwonienia, trochę jak pojedyncze uderzenia w cymbałki. Piękny kontrast faktur, barw i wysokości tonów. Dzwonki zagęszczają się wychodząc samą dźwięcznością na plan pierwszy, stają się nieco głośniejsze, wybrzmiewają dłużej tak, że równolegle z ich uderzeniami powietrze zdaje się nieustanie wibrować. Wreszcie rytm zanika i zastępuje go coś pomiędzy tykaniem zegarów, a cykaniem świerszczy, którym wtórują  pomruki zbliżającej burzy. Później rytm powraca, ale jeszcze bardziej ukryty, bardziej mruczący, a towarzyszy mu ciągnący się niski buczek, który powoli zaczyna pulsować. I jeszcze wolniej wygasa i wycisza się.

Fantastyczna płyta, chyba mój faworyt wśród serii „Old News”. Najbardziej zróżnicowana brzmieniowo w obrębie samych utworów. Pierwsza płyta dronowo-hałaśliwa, druga nieco bardziej uładzona. Z rozpędu, że się tak fajnie rozsłuchało wrzucam Lithops na patelnię. I też jest fajnie.